Dtp.pl - źrodło informacji dla branży wydawniczej i jej klientów - już 9 lat na polskim rynku! BtoB platform for publishing professionals, servicing the community since 2001
Autor opisuje, jak daleko jest od snu Designera do jawy oraz jakie zasadnicze różnice zauważa po kilku miesiącach pracy w agencji reklamowej w Milwaukee. Przeczytasz tu o bitwie z urzędami, o integracji nowojorskiego środowiska artystycznego, o ścisłym podziale obowiązków pracownika oraz zakazu wysyłania prywatnych maili z pracy...
Kilka lat temu zrodziła się w mojej głowie idea... maleńka iskierka, w bardzo ciemnym i zimnym tunelu - praca za granica, oczywiście jak najbardziej legalna praca za granica. Jestem Graphic Designerem dodam tylko dla uproszczenia wywodu. Z początku przygoda z zagranicznym kontraktem wyglądała nawet zabawnie... znaleźć klienta-pracodawcę, wypełnić papierki i poczekać nieco... nieomal jak przepis na pieczenie ciasta. Ciasto ciastem a realia realiami... jak sprawa wyglądała i jak wygląda, nieco poniżej... Zapraszam, może być ciekawie.
Cóż, w Polsce jak jest i było to każdy z branży wie, dla mnie - rzekłbym szczerze - średnio ciekawie. Mały ten nasz światek reklamowo-designerski więc piszę w zasadzie do znajomych. Ku przestrodze lub pociesze, nie wiem jeszcze...
Sprawa w zasadzie była jasna wybór także - Australia... kraj ciepłej zimy i jeszcze cieplejszego lata, aura ogólnie sprzyjająca kreacji. Plaże, opalone kobiety... czysta przyjemność... pierwsza wizyta w Ambasadzie Australii nieco "zwala z nóg"... aby wyjechać legalnie i nie do pracy w jakimś burgerlandzie, trzeba przedłożyć 2,5 tony wszelakich papierów m.in.: poświadczających chęć powrotu do polski po wygaśnięciu ewentualnego kontraktu... ale jak? Jak mam udowodnić ze chce wrócić do Warszawskiego zimowego błota na ulicach, które tak kocham, i jak udowodnić, że kocham niepłacących mi klientów? No nie za bardzo się da, przynajmniej ja nie umiałem. Wyjazd turystyczny jest o wiele łatwiejszy.
Żeby było zabawniej wpadłem w niekończące się koło zależności typu: Ależ oczywiście, że damy panu wizę ale musi pan znaleźć pracę - oczywiście że panu pracę damy ale najpierw wiza... :)
Właśnie tak w telegraficznym skrócie przedstawia się sprawa wyjazdu do Australii... nie zrażony porażka zacząłem myśleć o Anglii i USA. Niestety okazało się, że z Anglią sprawa wygląda zupełnie podobnie, czułem się czasami jak "wściekła krowa", która chce znaleźć tam legalna prace... :)
Przełom w poszukiwaniu pracy nastąpił zeszłego roku na wyjeździe do USA, gdzie "niechcący" zahaczyłem się o największe na świecie targi pracy w Madison Square, coprawda mogłem sobie pozwolić tylko na 15 minut poszukiwania ale... warto było. Z pozoru sprawa wyglądała niewinnie ale załatwianie papierologii trwało, uwaga: 7 miesięcy i około 4000$ ze strony pracodawcy i 2200$ z mojej. Jak widać... znaleźć pracodawcę to jedna sprawa a znaleźć takiego, który jest w stanie "zasponsorować" nam wyjazd to inna nieco bajka.
Na szczęście mam już za sobą miesiące oczekiwań na wizę, problemy z urzędem emigracyjnym w stanach i takimi innymi wynalazkami. Jako ciekawostkę dodam, że całościowe koszta załatwienia wyjazdu powiększone zostały jeszcze o czek dla prawnika, który nie potrafił znaleźć w stanach odpowiednika mojego wykształcenia. :)
Jeszcze jedna uwaga, jeżeli poszukujecie pracy poprzez Internet... na jedno ogłoszenie o prace odpowiada około 300-340 zgłoszeń z resume. Z całego świata. Podobno w Nowym Jorku jest więcej Designerow niż w całej Polsce, czy to prawda tego nie wiem... :)
Stany, stany... fajowa jazda... :)
Nie będę pisał o ogólnym szoku kulturowym - bo to temat na osobny felieton. Napisze nieco o zaskoczeniu jakie mnie dopadło po bliższym przyjrzeniu się stylowi pracy amerykańskich designerów, operatorów i wszelakiej maści ludzi reklamy i DTP.
Pierwsza miła niespodzianka... każdy ma swoje zadanie i swoje obowiązki, każdy rozliczany jest za swoja robotę, co do 10 minut. [Może rozwinę nieco tą myśl]
Polski standardowy obraz operatora/grafika przypomina nieco małpę, która w lęku przed utratą pracy stara się coś zeskanować, poskładać, wyretuszować, wyświecić i do tego rozmawiać o tym z klientem. Wszystko w ramach redukcji kadr i kosztów - oczywiście pozornej redukcji kosztów. Gdyby się temu nieco lepiej przyjrzeć, w ten sposób raczej redukuje się koszty zużycia kawy w pracowniczej kuchni, bowiem resztę kosztów pochłania naprawa błędów powstałych na wskutek pośpiechu, braku doświadczenia i zwykłej głupoty - obu stron.
Oczywiście tu gdzie pracuję szefostwo również stara się zmniejszyć koszta, ale innym sposobem. Stara się zatrudnić wykwalifikowanych a nie tańszych pracowników. Czujemy różnice? Skutkiem tego jest ścisły podział obowiązków. Każdy jest odpowiedzialny, ale za rzecz która robi najlepiej i rzecz dla której został zatrudniony. Więc jeżeli jesteś świetnym copywriterem nie będziesz musiał skanować na bębnie, jeżeli projektujesz zaś opakowania i w tym czujesz się jak ryba w wodzie - to możesz być pewny ze pracodawca nie zleci ci wyklejania autobusu wycieczkowego... marnowałbyś czas a czas jak wiadomo to pieniądz. Amerykanie wiedza tym dobrze. Więc każdy jest na swoim miejscu i robi to co potrafi najlepiej. Jest tu takie porzekadło o tym, że Michael Jackson jest kim jest, bo nie kazano mu kierować wózkiem widłowym... w sumie to by się zgadzało...
Oprócz pracy (od 8.30 do 17.00) istnieje jeszcze kilka ciekawych miejsc w których można spotkać designerów lub ludzi z branży. Każde muzeum (Art Museum) lub biblioteka maja swoje kluby, w których spotykają się rożni ludzie. Średnio 2 razy w miesiącu jest organizowane jakieś spotkanie tematyczne - czy to grafika April Greiman czy coś innego - zawsze można się czegoś dowiedzieć, kogoś poznać... z kimś porozmawiać. Fajne uczucie kiedy dookoła ciebie tańczy, pije piwo i śpiewa około 200 webdesignerów rożnej maści... nie ma problemu w takim przypadku z rozpoczęciem rozmowy. Jakoś umieją się trzymać razem i nie tworzyć atmosfery współzawodnictwa, bardzo to miłe kiedy jest się tu obcą osobą. Zaproszenie na takową imprezę często przychodzi do domu pocztą. Nie doświadczyłem tego niestety u nas w kraju. Chyba rzadko organizuje się u nas mecze piłki wodnej pomiędzy agencjami reklamowymi lub cos podobnego w tym stylu. Ogólnie bardzo mila atmosfera.
Oczywiście są też mniej miłe dla nas sprawy... Nie można na przykład używać komputera w pracy do prywatnych celów. Maile i takie tam inne wynalazki odpadają na przedbiegu... Założenie jest takie, ze nikt nam nie płaci za wysyłanie prywatnych maili i temu podobnych.
Cóż.. Jeżeli kogoś tym felietonem zainteresowałem, zapraszam do dyskusji na łamach Dtp.pl.
Chce tylko potwierdzić słowa Pana Tomasza, jeśli chodzi o system pracy w firmach amerykańskich, tu konkretnie chodzi nam o wydawnictwa i studia graficzne. Pracowałem w sieci malej poligrafii. Amerykanie autentycznie w pracy pracują, nie ma mowy o prywatnych e-mailach, surfowaniu po Internecie itp. Każdy ma swoja działkę pracy i musi się z niej rozliczyć. Bardzo chętnie służą tez sobie pomocą. Nie tak łatwo jest strącić prace, jeśli wykażemy się choćby jakąś tam średnia wiedza i kreatywnością. Poza tym powściągliwość, nie można się puszyć - co to ja nie jestem za grafik, bo tego nie lubią. Ogólnie lepiej mi się pracowało w amerykańskiej firmie jak w Polsce. Szkoda tylko, ze trafiłem na recesje, bo pracowałbym pewnie do dzisiaj.
Maciej Szczepański, Detroit, 27 lipca 2003
Tomek, tomek znam go dobrze(pracowalo sie troche razem he...). Niestety
smutna prawde opisal o Polskim rynku DTP (szeroko pojetym). Staralem sie
jak on o wize do Australii i .... wszystko pieknie bardzo cie kochamy,
mialem ponad 140 pkt. na 110 mozliwych, jak najbardziej poszukiwana osoba
itd.., ale-no wlasnie KOSZT ktory na starcie zabiaj kazdego chetnego i
tony papierow. Koszty ubezpieczem, koszty social etc. (nawet to ze mam
rodzine w Australi i jedna osoba z rodziny jest jednym z wielkich
liczacych sie buisnessmenow tego kraju, nie pomogo) i wlasnie to, ze
udowodnij ze chcesz wrocic do Polski. Jeszcze jedna rzecz o ktorej nie
wspomnial Tomek, ze na miejscu tj, w Australii nie dostaniemy legalnie
pracy (ich polityka zalatw wszystko w swoim kraju to my ci damy wszystkie
potrzebne papiey i kolo sie zamyka). Tak zalatwiajac mozemy zmarnowac rok
czasu, a dobra praca przepadnie bo jaki pracodawca bedzie czekal na nas?.
Oczywisci byla i Kanada w miescie (a raczj miasteczku ) blisko Alaski (11
m-c zima i to 2 razy wieksz niz spotkala nas w tym roku ( Burmistrz tego
miasta wybudowal mieszkancom ogrod botaniczny by sie doswietlali i
dozieleniali)), ale do rzezczy. Praca w Kanadzie super 170 000 $ rocznie
mieszkanie i wszystkie zabezpieczenia, ale system emigracyjny gorszy niz
za komuny - STOSY PAPIEROWi - coz przepadla. Teraz jestem 2 rok
bezrobotny (tz. pracuje na czarno). Pracuje w agencji (hahahah... nawet
piekarz tak moze sie nazwac), wlasciciele to BURAKI (tak wiem co pisze)
nie majacy pojecia o rynku reklamy, ale maja wtyki (bo zona tu pracuje,
siostra tu a ciebie znam z ... i tak dalej) i tak zabieraja klientow od
fachowcow. Na koniec mego wywodu, a raczej dalszej czesci listu Tomasza,
organizuje sobie prace w Czechach. Juz wielu moich znajomych, baaardzo
dobrych profesjonalistow (jak np. : Tomasz) wyjechalo za granice a wielu
juz jest w przedednu wyjazdu. Moze sie usmiejecie ale naprawde sa tam
bardzo dobrzy design-erzy, moge wam tyle powiedzec (wszystkim zadufanym w
sobie grafikom POLSKIM) jestescie tak mali w stosunku do Czchow, Rosjan
etc. (malo znacie sie na sztuce kreacji-jak to widac na naszych plotach,
papierach i Internecie). Gratuluje studiom, agencjom - postepujcie tak
dalej (za 1500 zl bedziemy mielu wielu OPERATOROW- i tylko OPERATOROW), a
Janko Muzykant bedzie rzepoli, a nie gral, a format PDF bedzie dziwny dla
Polakow nawet w 22 wieku.
Pozdrawiam i zycze wszytkiego najlepszego kazdemu kto chce oposcic ten
kraj (warto, by wiedziec ile jestescie warci). o|-<
Krzysztof Pietrasik, 19 stycznia 2002
Ciekawy tekst. Chociaż raczej to reportaż. Prosiłbym o opisanie dwóch spraw, w jaki sposób je załatwia się tam, za "wielką wodą":
1) niepłacący klienci, typu "mistrz świata w biznesie", który zawsze jest zdziwiony, że mi jakieś faktury nie zapłacił. Z tego co prezentują nasze publikatory, tam nie ma tego problemu, bo za "wielką wodą" sprawy tego typu załatwia niejaki Rambo czy inny Terminator;
2) darmowi graficy, którzy są w stanie konkurować (i przeżyć) wykonując w miesiącu pracę przez 20 godzin za 30 zł za godzinę (tak wynika z ich faktur), tj. pracę, która normalnie pochłania miesiąc pracy dla dwóch osób (mających nie tylko wydatki związane z firmą, ale i normalnym życiem).
Z tego co prezentują nasze publikatory, tam nie ma tego problemu, bo za "wielką wodą", a także w Unii Europejskiej po ulicach chadzają całe stada kasiastych klientów, nic tylko tam jechać i kasę trzepać.
Pozdrowienia, Robedar, 7 maja 2003
Z wielką radością wziąłem do rąk tekst, który okazał się niczym świeża bryza w zalewie "sarmackiego pozerstwa" . Więcej nam takich Panie Tomaszu;)
Darek CERAZY, 31 grudnia 2003
Portal istnieje od stycznia 2001 roku i odwiedza go miesięcznie ponad 15.000 profesjonalistów z branży DTP, PrePress i Press. Porusza zagadnienia z zakresu przygotowania rożnego rodzaju publikacji drukowanych i elektronicznych (z ang. desktop publishing). Kierowany jest do ludzi, ktorzy pracują w agencjach reklamowych, wydawnictwach, studiach graficznych, przygotowalniach poligraficznych oraz działach graficznych telewizji, drukarń, firm marketingowych. Zapraszamy do zapoznania się z formami reklamy: kliknij
copyright 2001-2009 Dtp.pl. Dtp.pl jest zastrzeżonym znakiem towarowym. Użyte w portalu znaki firmowe i towarowe, nazwy firm i produktów są zastrzeżone odpowiednimi prawami.